"Magia olewania" Sarah Knight - recenzja książki.

Stało się! Pierwszy raz pojawi się u mnie książka, której nie polecę. I to nie dlatego, że porusza nieciekawy temat - wszak umiejętność "olewania" to niesamowicie przydatna w dzisiejszych czasach sprawa!

Książka jest krótka ok. 180 stron, więc spodziewałem się konkretnych, rzeczowych tekstów związanych z tematem. Jednak czytając ją miałem wrażenie, że składa się głównie z "lania wody". Pisana jest przez kobietę i dla kobiet, więc nie jest niestety uniwersalną pozycją w domowej biblioteczce. 

Nie podoba mi się tutaj nawiązywanie do książek Marie Kondo, konkretniej do "Magii sprzątania", ponieważ "Magia olewania" nijak nie wiąże się z twórczością japońskiej autorki (a podobny tytuł i okładkę rozumiem jako formę marketingu, który polega na skopiowaniu lepszego i oczekiwania, że na zasadzie skojarzeń gorszy produkt sprzeda się równie dobrze.). Sarah Knight zauważa jednak, że Marie Kondo miała duży wpływ na jej "poukładane" życie.

Porady zawarte w książce dotyczą głównie relacji międzyludzkich i sposobów na "rozluźnienie" więzi - czy to rodzinnych, czy przyjacielskich - w celu uzyskania "świętego spokoju" i skoncentrowania się na zaspokojeniu własnych potrzeb. Autorka wspomina również o możliwości rezygnowania z praktyk religijnych, albo uczęszczania na występy własnych dzieci. Czy to rzeczywiście dobry sposób na rozwój i odkrywania szczęścia?

Książkę z kolei czyta się lekko, bo jest napisana bardzo prostym językiem. Niestety ta łatwość czytania nie jest w stanie obronić kiepskiej treści! Ale aby nie nastawiać całkiem negatywnie do tej czytelniczej pozycji, poinformuję, że znalazłem tam dwie, lub trzy przydatne rady, które mogą być odkrywcze w kwestiach "olewania" życiowych problemów. Jeśli macie za dużo wolnego czasu, to możecie przeczytać "dzieło" Sary Knight. Jeśli jednak nie lubicie marnować go na niezbyt dobre książki, lepiej sobie odpuście "Magię olewania".

Sarah Knight "Magia olewania"

Wolny czas.

Od pewnego czasu nie publikuję za wiele na blogu. Postanowiłem sobie bowiem, że w wolnych od pracy chwilach chcę koncentrować się na efektywnym wypoczynku. Efektywnym, czyli niekoniecznie aktywnym. Zwykłe lenistwo i drzemka w ciągu dnia jest w moim odczuciu równie minimalistyczną formą spędzania czasu, jak obowiązkowe, wiosenne sprzątanie, czy czytanie książek (a tych ostatnio pochłaniam coraz więcej - to też niejako tłumaczy, dlaczego nie piszę za dużo: bo w wolnych chwilach czytam ;) ).

W wolnym czasie staram się również uczyć języków obcych. Podróżowanie sprawia, że chce się poznawać nowych ludzi i móc z nimi się po prostu porozumieć. Dlatego też przestałem traktować naukę języka jako "samorozwój" (który kojarzy mi się z pracą), a zacząłem podchodzić do niej jak do relaksu. Dzięki tej prostej zmianie zawsze znajduję przynajmniej 15 minut na pogłębianie zdolności językowych.

Często mówi się, że dobry wypoczynek to taki, który jest aktywny. Zgadzam się z tym... ale tylko połowicznie. Aktywny wypoczynek z całą pewnością potrafi dać pozytywnego kopa, ale czasem może również... zmęczyć ;) Dlatego warto poznać swój organizm i jego aktualne potrzeby. Czasem leniwe spędzenie popołudnia będzie o wiele przyjemniejsze, niż udział w sportach ekstremalnych.

A ja za chwilę wybieram się do parku na prosty, odprężający spacer, gdzie przy okazji poprzyglądam się pięknym zwierzętom które w tym właśnie parku stacjonują w mini-zoo. Najmniejszy kontakt z naturą uważam bowiem za coś niesamowicie ładującego wewnętrzne akumulatory. 


Piękny paw jest moim sąsiadem i mieszka w pobliskim parku!



"Sztuka zachowywania umiaru" Anselm Grun O.S.B. - recenzja książki.

Chciałbym dziś zapoznać Was z pozycją książkową znanego benedyktyńskiego pisarza, ojca Anselma Gruna, "Sztuka zachowywania umiaru". Lektura ta wpadła w moje ręce całkiem przypadkiem (oczywiście w postaci e-booka) i porwała mnie w całości! Właściwie w całej książce nie ma chyba użytego wyrazu "minimalizm", ale całość traktuje jak najbardziej o właśnie tym temacie. Umiar i zdrowy rozsądek jest tu podkreślany jako sposób na osiągnięcie spokoju i szczęścia. Ojciec Anselm zauważa, że nadmiar rzeczy służy często do przykrywania pustki, jaką mamy wewnątrz i radzi, by nauczyć się koncentrować na własnych prawdziwych potrzebach, a nie np. na spełnianiu zachcianek i wymagań jakie stawiają nam w życiu inni.

Książka objętościowo jest niewielka, ma raptem 184 strony. Jest napisana prostym, łatwym w odbiorze językiem, dlatego też czyta się ją bardzo szybko. Zaskoczyła mnie bardzo trafnymi przemyśleniami i prostymi radami, które łatwo wdrożyć do swoich codziennych praktyk.

Dla osób które odrzuca fakt, iż napisał ją zakonnik, zaznaczę, że odwołań religijnych jest tu naprawdę mało, a całość czyta się raczej jako książkę psychologiczną, niż religijną.

Co ciekawe, pojęcie umiaru jako specyficznej drogi do szczęścia i poznania siebie było znane już w czasach Św. Benedykta, który sporo konkretów na ten temat zawarł w Regule, która niejako wyznacza zasady życia mnichów w kulturze zachodniej. A tekst ten liczy ponad 1500 lat!

Czytając tę książkę zauważałem też, że benedyktyn Anselm doskonale zna nowoczesne pojęcia związane z technologią i współczesną reklamą. Jest to w mojej opinii bardzo istotne, bo jego przemyślenia brzmią przekonująco nawet dla młodych ludzi (bo wciąż uważam się za osobę młodą, a co! ;) )

W mojej opinii to jedna z najlepszych książek o minimalizmie, mimo iż wcale o nim bezpośrednio nie jest!

Anselm Grun "Sztuka zachowywania umiaru"

Holenderskie inspiracje.

Od miesiąca mieszkam i pracuję w Holandii, dzięki czemu mam możliwość poprzyglądać się tutejszym zwyczajom i codzienności.  Chcę Wam opowiedzieć o trzech sprawach, które mogą być mocno inspirujące dla minimalistów i trochę zaskakujące dla osób mieszkających w Polsce.


  • Rowery - niby oczywistość, bo każdy mówi, że Holandia to kraj rowerów. Jednak przyjeżdżając tutaj i widząc jak to wygląda w rzeczywistości, naprawdę można się zdziwić. Drogi rowerowe są fantastycznie utrzymane, oświetlone i szerokie, czasami tak bardzo, jak zwykła ulica dla samochodów. Ludzie rowerami poruszają się często, zwykle mają je wyposażone w sakwę i/lub koszyk na kierownicy, by móc przewozić zakupy. Widziałem też rowery z dwoma dodatkowymi siodełkami dla dzieci - nikt tu nie twierdzi, że przewożenie maluchów jest niebezpieczne, słyszałem nawet opinię, że dzieci zanim nauczą się chodzić, najpierw uczą się poruszać na rowerze ;) Jednośladem Holendrzy poruszają się praktycznie niezależnie od temperatury. Co już całkiem dla mnie jest niepojęte, to to, że przy ujemnych temperaturach jeżdżą tu bez czapek i rękawiczek! Ja przy 4 stopniach na plusie nadal się zabezpieczam, podczas moich 10-cio kilometrowych dojazdów do pracy. Dlaczego piszę o tym jako o minimalistycznej inspiracji? Dlatego, że w Polsce nie byłem w stanie przekonać się do 6-cio kilometrowych dojazdów do pracy, tak bardzo bowiem przywiązałem się do wygody, jaką dawał mi samochód. I zawsze znajdowałem wytłumaczenie, że "za zimno", "pada", "śnieg" itp. itd. Ograniczenia w głowie, które wypada likwidować. 
  • Samochody - tak, o samochodach też tu napiszę. Holandia słynie również z wysokiego podatku drogowego, uzależnionego m.in. od... wagi pojazdu. Niejako wymusza to na tutejszych kupowanie malutkich pojazdów. Na ulicy częściej spotkamy różnego rodzaju mikro-pojazdy, a bardzo rzadko limuzyny często widywane w Polsce. Bardzo popularne jest też tu jeżdżenie samochodami...starymi. Nikt nie traktuje tu samochodu jako wyznacznika sukcesu i statusu społecznego. Samochód jest po prostu dodatkowym (poza rowerem) środkiem transportu. Holendrzy jeżdżą nimi tak długo, aż nie uznają, że nadaje się na złom. A to zapewne zdarza się niezbyt często, bo auta niepierwszej młodości są naprawdę zadbane.
    Szczerze chciałbym, by i u nas ludzie zaczęli traktować swoje pojazdy jako zwykłą rzecz, kolejny "mebel", który ma określone zadanie i ma służyć, a nie być wypasioną, komfortową oznaką bogactwa. Kiedy widzę, jak ktoś może poświęcić całe swoje oszczędności, albo się wpakować w raty kredytu na 5 lat, tylko po to, by zmienić samochód na nowszy, robi mi się smutno. Bo przecież te pieniądze naprawdę można wykorzystać na ciekawe przeżycia, albo kształcenie się, zamiast na "nowsze świecidełko". 
  • Mieszkania - zaskakuje mnie to, w jaki sposób Holendrzy pokazują wnętrza swoich domów. Ogólnie idąc ulicą możemy oglądać prywatne życie i wnętrza mieszkań i domów, co jest dla mnie wręcz absurdalne! Nie podoba mi się to wcale, ale dlaczego piszę w kontekście minimalistycznej inspiracji? Ano dlatego, że w związku z tym "życiem na pokaz", tutejsze domy są bardzo uporządkowane. Nie ma po prostu opcji, by we wnętrzach pojawił się bałagan. Mieszkania są też świetnie doświetlone, dany pokój ma często okna naprzeciwko siebie.
Jestem przekonany, że z czasem tych minimalistycznych inspiracji wyciągniętych z Holandii będzie przybywać i chętnie podzielę się nimi z Wami na blogu!

Na co przestałem wydawać pieniądze?

Ostatnio pisałem Wam o tym, na co wydaję pieniądze. Dziś z kolei chcę napisać o tym, na co przestałem wydawać pieniądze, a na co wydawałem, przed odkryciem minimalizmu.
  • kolorowe magazyny - dawniej prenumerowałem papierowe miesięczniki związane z fotografią, sportem, komputerami (czyli tym, co mnie interesowało). Dziś w dobie internetu nie czuję potrzeby czytania artykułów w pismach branżowych, gdyż większość dobrych tekstów można znaleźć w internecie.
  • papierowe książki - od momentu zakupu e-czytnika i wykupieniu miesięcznego abonamentu na dostęp do sporej bazy e-booków, w ogóle nie interesuje mnie odwiedzanie księgarni, czy bibliotek ;) Do zakupu czytnika zabierałem się dwa lata, ciągle tłumacząc sobie, że jest nieminimalistycznym gadżetem, ale dziś uważam, że był to jeden z najlepszych zakupów na jakie zdecydowałem się w życiu. Tu gdzie aktualnie mieszkam nie mam dostępu do polskich książek, za to do e-booków jak najbardziej!
  • płyty CD - byłem kolekcjonerem, uwielbiałem kupować albumy ulubionych zespołów, bo uważałem, że każdemu artyście należy się wynagrodzenie za jego pracę. Dziś płacę subskrypcję na jednym z portali streamingowych i cieszę się bogactwem utworów w cenie jednej płyty CD miesięcznie.
  • drogie części rowerowe - tutaj potrafiłem naprawdę zaszaleć! Jako młodzieniec szalałem na punkcie odchudzania roweru, tylko po to, by zyskać dodatkowe kilkadziesiąt gramów. Marketing nauczył mnie, że można wygrywać zawody tylko najlepszą maszyną, która jest lekka jak piórko i kosztuje minimum 10 tysięcy złotych. Nie pomyślałem wtedy niestety, że jednak warto pieniądze zainwestować w podróże i treningi, zamiast na nowszy model przeżutki tylnej... Dziś jestem zachwycony działaniem mojego roweru crossowego z średniej póki osprzętowej i wcale nie planuję go ulepszać! Za to lubością snuję plany wycieczki rowerowej gdzieś po wschodniej ścianie Polski... Za koszt przerzutki mógłbym wygodnie przeżyć 10 dni wśród rowerowej radości, w dodatku wraz z ukochaną! :)
  • sprzęt muzyczny -postanowiłem sobie, że nie kupię sobie kolejnej gitary, dopóki nie osiągnę odpowiednich umiejętności w grze na tej, którą obecnie posiadam. Fajnie mieć kolekcję pięknych elektryków, ale w sumie to mogę grać tylko na jednej gitarze w danej chwili ;) I przyznam, że w Holandii bardzo mi gitary brakuje...
  • markowe ubrania - zgodnie z zasadą, którą wspomniałem w poprzednim poście, nie chcę bowiem być darmową reklamą.
  • słodycze - ograniczyłem do minimum i jadam je właściwie tylko wtedy, gdy poznaję nowe smaki. 
  • alkohol - butelki whisky nie dość, że powodowały u mnie ból głowy, to również odciążały portfel ;) Teraz popijam bardzo okazyjnie, w dodatku znacznie tańsze trunki (np. wino ze szczepu Lambrusco, które odkryłem po mojej wakacyjnej wizycie we Włoszech).
  • ozdoby domowe - wszelkiego rodzaju świeczki, ramki na zdjęcia itp. Większość z ozdób usunąłem całkowicie. 
  • pamiątki - nie zbieram ich już kompletnie, wolę wspomnienia w mojej głowie, niż kupione za kilka euro gadżety z podróży wyprodukowane w Chinach ;)
Tą listę można by było jeszcze poszerzyć, ale najważniejsze wydatki, które udało się ograniczyć, zawarłem w powyższych punktach. Lista jest dłuższa, niż ta, którą opublikowałem niedawno (na co wydaję pieniądze), co mnie niezmiernie cieszy. Ciekaw jestem, czy Wy też robicie sobie czasem podobne listy i czy są podobne do mojej? :)

Zachęcam też do odwiedzenia mojego starego posta na temat ograniczania zakupów - Jak ograniczyć zakupy?

pixabay.com

Na co wydaję pieniądze??

Pieniądze i ich wydawanie to temat niezmiernie drażliwy dla wielu z nas. Szczególnie w Polsce rozmowy o pieniądzach często kończą się kłótniami i niepotrzebnym zamętem. Dlatego też dziś nie będę pisał nic na temat tego, na co powinni wydawać kasę minimaliści, a napiszę konkretnie na co wydaję ją ja.

  • Mieszkanie - aktualnie wynajmuję je w Holandii, więc sporo pieniędzy muszę na to przeznaczać z comiesięcznego budżetu i w dodatku nie bardzo mam możliwość zminimalizować koszty tego wynajmu.
  • Rachunki - większość rachunków opłacana jest w kwocie wynajmu mieszkania, ale do tego dochodzi jeszcze opłata za telefon i internet.
  • Jedzenie - tu staram się nie ograniczać i wybierać tylko to, co rzeczywiście mi smakuje i przynosi dobre efekty dla mojego ciała. Nawet się nie zastanawiam, czy dany produkt jest za drogi, jeśli wiem, że naprawdę pozytywnie na mnie wpływa. Nie przesadzam też w drugą stronę - produkty "ekologiczne" najczęściej wcale nie są lepsze, niż te "normalne"...
  • Kosmetyki - minimum, które jest niezbędne, by normalnie funkcjonować. Pasta do zębów, szampon 2w1 (myję się pod prysznicem, z wanny nie korzystałem już bardzo dawno), podstawowy antyperspirant (nie korzystam z niego na codzień!).
  • Ubrania - kupuję te, na których nie widać loga producenta, bo nie chcę być darmową, chodzącą reklamą :) Patrzę zawsze na skład i na jakość. Moja szafa zmniejszyła się radykalnie, odkąd wyprowadziłem się do Holandii - co mnie bardzo, bardzo cieszy :)
  • Gadżety - tak, jestem gadżeciarzem i sporą część zarobków przeznaczam na produkty ułatwiające mi życie i rozrywkę. Nie uważam, by było to nie-minimalistyczne :)
  • Rozrywka - opłacam subskrypcję na muzykę, filmy i książki. W sumie wychodzi to poniżej 100 zł miesięcznie, a mam dostęp do wielu legalnych (to dla mnie ważne!) treści. 
  • Podróże - odkładam pieniądze na koncie oszczędnościowym głównie po to, by móc z nich korzystać podczas wakacyjnych wyjazdów! Minimalizm zawsze będzie dla mnie wiązał się z podróżą, a podróże zawsze będą dla mnie okazją do samorozwoju i realizowania pasji.
Ponieważ na wyżej wymienione wydatki nie zużywam całych swoich comiesięcznych zarobków, wszelkie pieniądze które pozostają mi na koncie ROR przelewam na konto oszczędnościowe. Mimo tego, iż aktualnie oprocentowanie na kontach oszczędnościowych jest mizerne, to polecam ten sposób przechowywania pieniędzy, bo ciężej jest je wydać, niż gdy leżą w domu na półce (lub zwinięte w skarpecie ;))

pixabay.com


W końcu na rowerze!

Przeprowadzka do Tilburga wprowadziła wymuszoną, choć niesamowicie potrzebną zmianę - przesiadłem się z samochodu na rower. Praktycznie codziennie dojeżdżam 10km do pracy (poza weekendami), niezależnie czy pada deszcz, czy wieje (a wieje często), czy pada śnieg (na szczęście bardzo rzadko). Koszty paliwa zmalały do zera, za to naprawdę czuję dobroczynne działanie pedałowania. Podobno po 20 minutach spokojnej aktywności wydzielają się endorfiny, które odpowiadają za poczucie szczęścia. W moim rowerowym doświadczeniu muszę to w pełni potwierdzić - nie spodziewałem się, że wracając po pracy nocą w deszczu i chłodzie, przy porywistym wietrze, będę szeroko się uśmiechał! Rower daje niesamowitą frajdę, poprawia nastrój, dotlenia i wspomaga walkę z nadmiarem sadełka ;)


Ta zmiana sprawiła, że nie mogę teraz nadziwić się, jak wiele paliwa i pieniędzy zmarnowałem na dojeżdżanie raptem 6km do pracy, którą miałem w Polsce. Co więcej, w ojczyźnie miałem do dyspozycji dużo lepszy rower, znacznie szybszy i bezpieczniejszy, niż tutaj. W Tilburgu mam jedno przełożenie i hamulec "nożny" w tylnej pieście koła. Mimo tego nadal cieszę się na myśl o rowerowej podróży do pracy! 


Regularne rowerowe przejażdżki wpłynęły też na apetyt i jakość snu. Śpię krócej, za to budzę się pełny energii i gotowy do działania! Ot, choćby do takiego, by przygotować solidne śniadanie :)


Konieczność wymusiła zmianę - a zmiana okazała się być korzystną! Warto więc czasem dać się do czegoś przekonać, bądź zostać zmuszonym, by czerpać z tej rzeczy radość i osiągać nowe, minimalistyczne cele! :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...